Witajcie ponownie. Przyznaję się bez bicia, dzisiejszy rozdział jest tu głownie po to, aby być rozpieszczaczem:)
I zdradzę Wam w sekrecie, że póki co to mój ulubiony rozdział.
Miłego.
***
Wolne
dni minęły szybko i intensywnie. Powrócił czas zajęć i nauki. Na dworze było
coraz chłodniej.
Jesień.
Na
szczęście zajęć na uczelni nie miała zbyt wiele. Dużo czasu spędzała z
przyjaciółkami. Z Mamoru coraz mniej. Czuła, że ciągle oddala się od mężczyzny.
W pewnym sensie sama nie wiedziała, czego chce.
Tego
dnia postanowiła go odwiedzić po zajęciach. Ikuko upiekła ciastka, stwierdziła
więc, że trochę mu zaniesie.
Zapukała
do drzwi mieszkania. Odpowiedziała jej głucha cisza. Spojrzała na zegarek.
Pewnie jeszcze jest w pracy. Otworzyła drzwi kluczami, które kiedyś dostała od
mężczyzny i weszła, aby zaczekać na niego w środku.
To
mieszkanie zawsze wydawało się jej takie chłodne. Zawsze nieskazitelnie czyste,
wszystko poukładane na swoim miejscu. Zostawiła ciastka w kuchni, sama zaś
usiadła przed telewizorem. Nawet nie zauważyła kiedy zasnęła.
I
znowu ten stan, kiedy nie wiadomo, czy to jest jawa czy sen. Oczy ma zamknięte,
ale czuje, że coś się dzieje dokoła. Ktoś się koło niej kładzie i obejmuje ją
mocno. Czyżby On? Ale tutaj? Skąd? Jak?
Nieznajomy
odwiedzał ją co noc i chociaż za każdym razem było namiętnie, to nigdy nie
przekroczyli określonego progu. Ale to zawsze było u niej w domu. Nie tutaj!
Objęła
go i po chwili poczuła jego usta na swojej szyi. Coś było inaczej. Otworzyła
oczy. Mamoru.
Ale
tego, co się zaczęło, już nie powstrzymała.
Ciemnowłosy
leżał w pokoju patrząc w sufit. Ona natomiast pobiegła czym prędzej do
łazienki. Chciała się schować, ukryć, żeby tylko nie widział jej łez.
Czuła,
że to jest ponad jej siły. Kochała się z Mamoru cały czas myśląc o nieznajomym
mężczyźnie, ciągle ich porównując.
Czemu
nie mogła przestać o nim myśleć? Przecież to TEN był jej facetem!
Tylko
nie była pewna, czy nadal chce, aby nim był.
Szybko
poprawiła fryzurę i wróciła do pokoju.
-
Mamo-chan, ja już chyba pójdę. Mama pewnie będzie się martwić – rzuciła cicho.
-
A nie możesz zadzwonić, że zostajesz na noc?
-
Wolałabym nie. Jutro muszę wcześnie wstać. Poza tym, dziś muszę jeszcze co
nieco powtórzyć.
-
No trudno – westchnął – widzę, że cię nie przekonam. Pozostaje mi się tylko
życzyć ci dobrej nocy, Usako.
-
Dobranoc – wysiliła się na uśmiech, gdy całował ją w policzek na pożegnanie.
Wyglądała
jak swój własny cień. Snuła się po ulicach, niczym ten dym z papierosa, którego
paliła.
Było
ciemno. Okolice dziesiątej. Było zimno. Jesienna aura zagościła już na dobre w
mieście. Było mokro. Żółte liście przyklejały się do ławek i chodników.
Szła
przed siebie, nawet nie widząc dokładnie gdzie. Wzrok spuszczony, oczy czerwone
i zapuchnięte od płaczu. Jedna ręka w kieszeni, w drugiej papieros. Czarny
kaptur na głowie. Nie, nie padało. Chciała po prostu schować się przed światem.
Przechodziła
przez pasy. Nawet przez myśl jej nie przeszło, aby się rozejrzeć.
Dopiero
głośny pisk hamującego samochodu i jasny blask reflektorów postawiły ją
powrotem na ziemi.
Zamrugała
oczyma. Jeszcze chwila, a znalazłaby się pod kołami auta. Może tak byłoby
lepiej…
Już
chciała odejść, gdy usłyszała znajomy głos.
-
Usagi? Mogłem cię przejechać, ledwo wyhamowałem!
Ona
jednak spojrzała tylko na niego smutnymi oczyma.
Jechali
gdzieś teraz, sama nie wiedziała gdzie. Ale nie obchodziło jej to tak naprawdę.
Nic już teraz jej nie obchodziło.
Diamand.
Spotkała
się z nim jeszcze kilka razy na filiżance parującego napoju. Zawsze miło im się
rozmawiało. Nikomu o tym nie mówiła, ale przecież w końcu nie robiła nic złego.
Ale
teraz było jej wszystko jedno.
Odstawił
samochód i przeszli kawałek pieszo. Obydwoje milczeli.
Zaprowadził
ją do jakiegoś baru.
-
Dokument tożsamości poproszę – Usagi podniosła zdziwione oczy na ochroniarza,
jakby nie rozumiejąc co do niej mówi – Nie wpuszczamy poniżej 21 lat.
-
Hisaki, daj spokój. Ona jest ze mną – szepnął białowłosy.
-
O, Diamando. Nie zauważyłem cię. Jasne. Wejdźcie.
Pomógł
jej zdjąć płaszcz, a następnie przyniósł dwa drinki.
-
Co to? – spytała nieśmiało.
-
Wypij. Powinno ci choć trochę poprawić humor.
Humoru
może i nie poprawiło, ale poczuła, jak w dość przyjemny sposób kręci się cały
świat.
Drink
był dość mocny. Zwłaszcza dla niej – która jak dotąd piła tylko śladowe ilości
alkoholu.
Po
trzech takich ledwo wiedziała, co się dzieje dokoła.
-
Upiłeś mnie, Diamandzie – mówiła.
-
Do niczego cię nie zmuszałem.
-
Myślisz, że teraz będę łatwiejsza? – zaśmiała się gorzko – Mylisz się i to
bardzo.
-
Nie zależy mi na tym.
-
I tyle twojego szczęścia!
Chciała
wstać, jednak Diamand złapał ją mocno za rękę tak, że zachwiała się i po chwili
wylądowała na jego kolanach. Czuła, jak ją mocno obejmuje i nie chce wypuścić.
-
I co ci to dało?
-
Nie wiem, to się dopiero okaże.
-
Nic, mój drogi, nic – zaśmiała się.
Nachyliła
się do niego i zbliżyła usta. Gdy już brakowało tylko kilka milimetrów, dała mu
prztyczek w nos, a powietrze znowu wypełniło się jej śmiechem.
-
Mówiłam!
Podpitemu
Diamandowi najwyraźniej nie spodobał się ten żart. Złapał ją mocno za podbródek
i wręcz zmusił, aby spojrzała mu w oczy.
Nawet
w tym stanie ciężko było jej wytrzymać to fioletowe spojrzenie. Tym bardziej,
że towarzyszył mu jeszcze niższy niż zwykle, lecz przez to brzmiący o wiele
mroczniej głos.
-
Uważaj z kim zadzierasz, mała. Nie zapominaj, że mimo wszystko jestem demonem w
ludzkiej skórze. Ja zawsze dostaję to, czego chcę – powiedział dobitnie
akcentując drugie słowo ostatniego zdania. Gwałtownie puścił jej podbródek.
-
Odwieź mnie do domu! – rzuciła obrażonym tonem.
-
Jak sobie życzysz, królowo – zaśmiał się.
Zamówił
taksówkę. W kilka chwil byli pod jej domem. Blondynka otworzyła drzwi.
-
Nawet się ze mną nie pożegnasz, skarbie? – spytał drwiąco.
-
Dowidzenia! – niemalże krzyknęła i szybko ruszyła w stronę domu.
A
on tylko się śmiał.
-
Do zobaczenia wkrótce, mała.
Eniee